Choose your future. Choose life.I chose not to choose life: I chose something else.
czwartek, 07 lipca 2011
Słucham sobie Arethki Franklin, popijam wino, myślę, czy przypadkiem żegnając się ostatnio z moim ulubionym panem z drukarni słowami: "Paa!" nie przegięłam, bo miał się do mnie odezwać poniedziałek-wtorek, a tu cisza. Może się wystraszył.

Zdecydowanie wolę tryb życia późno-dzienny i nocny. Nie mam pojęcia jak można myśleć o 6 czy 7 rano :).

Jakoś dziś smutno i pusto, może przez pogodę, może przez przemijanie. Rozmawiałam dziś ze Świadkami, dla mnie to w co wierzą, to czysta fantastyka, ale w sumie dla mnie każda religia to odlot. Potrzebuję oświecenia. Cóż, skoro nie nadchodzi.
poniedziałek, 20 czerwca 2011
W sobotę przypadkowy wypad do baru, szalona kelnerka, średni koncert i nic więcej. Od kelnerki poznałam wysokość utargu,
który sugeruje, że to raczej pralnia, niż prawdziwa knajpa ;).
W niedzielę smutny dzień hiszpański na Solcu. Taki malutki pikniczek, trochę fajnego flamenco i chrześcijansko-rockowy zespół, który śpiewał, iż na mszy odkrył, że ma 2 głowy. Paella niezjadliwa. I spotkanie z koleżankami, których nie widziałam dobrych 10 lat.
A teraz w głośnikach Żywiołak, marzenie o pogańskich wiankach i myśl, że chyba chora jestem. A na tapecie już od kilku dni mój ulubiony pan :).
czwartek, 09 czerwca 2011
Takie tam rozważania o religii
Od wielu lat stykam się z różnymi religiami i chociaż w Boga w zasadzie nie wierzę, poszukuję dogodnej formy pogodzenia się z umieraniem. Spotkałam wiele osób które porzuciły chrześcicjaństwo na rzecz innej religii. Ale to co mnie najbardziej fascynuje i zastanawia w ich wyborach, że poszli najprostszą drogą. Kiedy z nimi rozmawiam o innych religiach, nic o nich nie wiedzą. Wygląda to tak, jakby pierwsza inna od katolicyzmu religia wpadała im w rece i została z automatu uznana. Dziwi mnie to bardzo. Ale to może ze mną jest coś nie tak. Ja wciąż szukam, rozmyślam, porównuję.  
I żadnej religii nie umiem i tak na prawdę nie chcę oddać serca. Dopóki nie poczuję, ze to właśnie jest prawda.Ale jak znam swoje życie to prędzej umrę, niż coś z tego wyrozumiem. Wot, kakaja żyźń nie choraszaja.  

czwartek, 19 maja 2011
Rozmowa z kontrahentem (zresztą dziwnym), facet pali elektronicznego papierosa i pyta mnie:
- Pali pani papierosy? Ten to jest fajny wynalazek.
- Palę, ale rzadko, nie na codzień.
- A pije pani codziennie?
- Eeee yyy no prawie codziennie.
- Ja też!!! (wykrzyknął z wielką radością) Codziennie pod garażem czeka na mnie kolega z różnymi trunkami, zazwyczaj cytrynówką.
- Ja wolę wino.
- Bo pani jest kobietą. A w ogle napije się pani czegoś: soku, winka?
Padłam :) Choć kusiło mnie, by poprosić o wino, by sprawdzić, czy ma w biurze :) 
Pogadałabym, ale wtedy kiedy mi się zbiera na gadanie zazwyczaj wszyscy już śpią, albo mają swoje własne światy. Myśli mi się kłębią wokół jakiś wewnętrznych pomysłów
i rozważań, na temat granic, wolności, polityki ściśle w to wpisanej, człowieczeństwa i biznesu. Reżim, który dla mnie jest tylko tłem dzieciństwa, a dla innych - niektórych obcokrajowców -
wciąż trwa.
Nie wyobrażam sobie być człowiekiem zniewolonym, choć moje dzieciństwo było dość specyficzne i właśnie zniewolone.
Ale od kiedy poczułam wolność woli, nie wyobrażam sobie wrócić do niewoli. Chodzić na pochody pierwszomajowe, bo ktoś tak nakazał.
Rozmawiam czasem z różnymi kościołami i zawsze przeraża mnie myśl, że - według niektórych - po śmierci zacznie się czas takiego bezgranicznego, służalczego czasu dla Boga - latania wokół Niego i śpiewania mu pieśni. Wolałabym chyba spalić się w piekle, niż udawać taką miłość.

A ostatnio dłonie mnie swędzą jak oszalałe, sny też jakieś dziwne. Ale wciąż nie ma tego snu z odpowiedzią, na którą tak bardzo czekam.
niedziela, 08 maja 2011
Wieczorne wspomnienia. Żenujące padanie na kolana na ulicy przede mną przez J., aby dalej móc spędzić pełnoprawnie noc z P.
Do dziś kiedy mi się to przypomni, nie wiem co czuć, bardziej śmiech, czy bardziej żałość.
Zasłuchana w romantyczne piosenki z lat 80tych i rozmyślająca, o tym, o co w życiu chodzi. W snach mając wizje dotyczące pracy, jak i pana P. I ze zrozumieniem, że pewien etap w życiu się kończy i koniecznie trzeba zacząć żyć na nowo.
piątek, 06 maja 2011
Znów kolejna awaria komputera. Wczoraj zmusiła mnie do odpalenia starej wieży i słuchania kaset sprzed 20 lat. Do odpalenia sziszy. I do masowego wieczornego czytania książek. Książek, które hurtowo zakupiłam na fali fascynacji jednym panem P. W którym byłam swego czasu zakochana, po raz pierwszy do wielu lat. I kiedyś z niego wydębiłam info, że nie spał cała noc, bo czytał. Więc wydębiłam co czytał. I kupiłam wszystkie książki dostępne na rynku tego autora. I teraz je dzielnie czytam :). Choć ta fascynacja panem powoli uciekła, albo ja ją trochę usypiam, żeby nie kochać się w kimś, kto mnie nie kocha, żeby się nie łudzić. Zapewne to moja wina, bo ja wysyłam błędne sygnały i błędnie odczytuje te posłane do mnie. Chociaż to jest jeden z niewielu facetów, których chciałabym mieć w swoim łóżku i bywać w jego.
Jestem osobą samotną, ale jestem też osobą chronicznie lubującą się w samotności. Taki paradoks, ale może właśnie dlatego mi nie wychodzi w życiu. Jestem już z tym trochę pogodzona, w końcu wyżej chuja nie podskoczysz, a ja nie przeskoczę swojej głowy i tego co w niej się kłębi. Może po prostu pewne rzeczy nie są dla mnie, nie ważne jak za nimi tęsknić.
"Po co ci facet?" zadano mi niedawno takie pytanie. Po co? Jakieś takie głupie marzenie o miłości, która przecież zupełnie mi się nie zdarza. Z moich facetów najlepiej wspominam J., a on tak na prawdę nie był nawet oficjalnym moim facetem. Byłam jego alternatywna muzą i drugim łóżkiem. Może i kimś szczególnym, ale drugoplanowym.
Ze mną jest coś mocno nie tak. Nie mam pojęcia o tym, jak żyć. I wciąż się czymś zamartwiam. I jak to wczoraj usłyszałam o sobie: że jestem w cały czas w kosmosie. I tak sobie pomyślałam, że chyba bardzo odległym.
Awaria kompa zaoowocowała utratą danych na dysku zewnętrznym, co mi się wydaje mocno kosmiczne, ale cóż. Przynajmniej zdjęcie pana P. ostało się. I po raz kolejny odzysk. Czy to ma mi uświadamiać, jak ulotne jest życie, czy co? Że wszystko może zniknąć w jednej chwili? 

niedziela, 24 kwietnia 2011
Całą noc śniło mi się, że szukam noża do pocięcia świątecznego ciasta. Biegałam po mieście między pielgrzymkami i pochodami, od restauracji do restauracji i szukałam noża. Krętymi korytarzami, wieżami, ciemnymi, tajnymi korytarzami.
I nawet mi się udało go w końcu pożyczyć, obiecałam oddać, ale zgubiłam adres restauracji. I potem jej szukałam bez końca. I jednocześnie byłam na imprezie w domu koleżanki, dom na wsi, obok stał stary drewniany dom, mocno nawiedzony, którego każdy się bał. Nawet chyba ja. Mimo, ze dom stał na posesji koleżanki, ta nigdy w nim nie była. W pewnym momencie i mnie bardzo zdjęła groza z powodu mieszkańców tego domku. I bardzo chciałam uciec, ale nie pamiętam, czy mi się to udało.


Że w święta trzeba tyle jeść. Masakra. I ja się strasznie oddalam od świata.
I mi się marzy, że jestem kim innym i gdzie indziej i z kim innym. Ale nie jak w śnie, że owszem jestem gdzie indziej, ale biegam bez sensu i ostatecznie nie znajduję rozwiązania. Tylko, że tak och bach i jest sens życia. Ja wiem: marzenie ściętej głowy :)
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Jakiś czas temu znajomy na imprezie dopadł mnie gwałtownie z pytaniem wyrwanym z kosmosu: "A ty jaki masz? D90?" Jedyne z czym to mi się skojarzyło to z miarą biustonosza. Ale zdziwiło mnie, po co ta wiedza facetowi, który gustuje w facetach. Nie wiedziałam co powiedzieć i w końcu rzekłam: "Powiedzmy" i w tym momencie facet klepną mnie w ramię i radośnie wykrzyknął: "Bo czytałam, że Nikony D90 to najlepsze aparaty w swojej klasie!"
Nie przyznałam się do swoich pierwszych skojarzeń i facet pewnie do dziś myśli, żem blondynka, która nie wie jaki ma aparat :)

A i dwa zdjęcia kota, co to już go dawno nie było :)


poniedziałek, 11 kwietnia 2011
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Jako, że ja w zasadzie nie choruję, ale w ten weekend coś mnię mocno wzięło, każdy w pracy zauważył, że jestem niewyspana/opuchnięta/nie wytrzeźwiona po sobocie/zmęczona. Nikt nie wziął pod uwagę choroby, co wolę się nie wypowiadać jak o mnie świadczy :)).
I na fali tego jak wyglądam zaczęła się rozmowa z jedną panią, że może jednak położę się do łóżka, na co ja jej, że jeśli już się położę, to do piachu i usłyszałam, że co to to, to nie! Ja jeszcze muszę wyrobić plan: wyjść za mąż, urodzić dwójkę dzieci, wychować je, doczekać się wnuków i je także wychować.
Planowanie jak za komuny :)
I tak na marginesie sobie pomyślałam, czy ktoś z młodych ludzi, wie w ogle co to były pięcio i dziesięciolatki? Wyrabianie planów?
czwartek, 31 marca 2011
Poza panią obsesyjnie nienawidząca Polski (post wcześniejszy), dostałam przeprosiny od kolegi z podstawówki, który przeprosił mnie, że oceniał mnie jak inne dzieci, chociaż nic o mnie nie wiedział, ale jego zachowanie wynikało "z jego głupoty i braku wychowania", potem nastąpiło kilka niemiłych słów o rodzicach i wychowawcach ze szkoły. I wiadomość ta była jak w starym dowcipie, że latać Aeroflotem to jak tigra wyruchać: i straszno i śmiszno. I zupełnie niespodziewane przeprosiny, ton groteskowy, a jednocześnie smutek, że chyba facet ma coś z głową nie tak.

A już całkiem popołudniowo odebrałam telefon od osoby, która ciągle mówiła do mnie: "pańska firma" /a wydaje mi się, że nie mam aż tak męskiego głosu/ i wypytała mnie, czy, aby na pewno  firma jest polska i założona przez Polaków.
Chyba to promieniowanie z Japonii dotarło do nas i lasuje mózgi co poniektórym :)).
środa, 30 marca 2011
Odbieram telefon i żadnego dzień dobry, kto zacz dzwoni, tylko podniesionym tonem od razu:
- Dostanę u Państwa czepki foliowe? Tylko jakiej są produkcji? Zagraniczne czy polskie? Bo te polskie to jak wszystko co polskie jest gówniane! To worki na śmieci są, na łeb konia! A te zagraniczne takie ładne, malutkie, zgrabne.
/Zdębiałam, nie jestem zachwycona Polską, ale bez przesady/
- Nikt nam nie zgłaszał do tej pory, że są za duże.
- Pewnie, że nie zgłaszał! Bo Polacy nie znają się na jakości!
/Myślę sobie, ktoś ma niezły kompleks/
- Mogę wymierzyć i oddzwonić. Poproszę numer telefonu.
- Zapomniałam.
- To proszę do mnie zadzwonić za kilka minut.

Po kilku minutach:
- Miałam oddzownić o te wymiary.
- 25 cm średnicy.
- Czyli 50 cm obwodu?
- Nie, zmierzyłam średnicę, 25 cm.
- Czyli to trzeba pomnożyć przez 2! To daje 50 cm obwodu! 
- Nie, średnica...
-  TŁUMACZĘ PANI, ŻE TO TRZEBA POMNOŻYĆ PRZEZ DWA! TO CO PANI ZMIERZYŁA! NIECH PANI MYŚLI!
- Proszę być grzeczną.
- JA JESTEM GRZECZNA, ALE CHYBA NIE ROZMAWIAM Z GORYLEM!!!
- To ja w takim nie będę z Panią handlować.
I odłożyłam słuchawkę. I zapewne jeszcze Panią utwierdziłam w poczuciu, że Polska to gówno, a Polacy nic nie umieją.

Mam wadę wzroku, która ogranicza mi ocenianie odległości, szybkie widzenie i daje też różne dziwne efekty.
Ostatnio rozmawiałam o tym z mamą, że gdy przeskakuję przez rowy o metrowej średnicy, to dla większości to betka z masłem, a ja już odpływam. Bo kiedy osiągam stan nieważkości znika mi świadomość i jakiekolwiek poczucie duszy, bólu i świadomości i po prostu mnie nie ma. Myślę, że jest to stan całkowicie obcy zwyczajnym ludziom. A u mnie błędnik szaleje, a efekt jest nie do skontrolowania.
Więc mówię mamie, że mi ucieka dusza, gdy lewituję, albo gdy widzę gwałtowne zmiany obrazu, to widzę klatkowo, np. pierwszą i ostatnią klatkę, albo co którąś klatkę. Wiem, że to dość nietypowe dla normalnych ludzi, więc i mama przyglada mi się badawczo i stwierdza stanowczo o mnie: "ALIEN".

O ile dobrze pamiętam w którymś filmie Antonioniego był epizod kiedy biali wynajęli indiańskich przewodników podczas jakiejś tam wyprawy, dość szybko się przemieszczali i nagle Indianie zarządali dnia przerwy, żeby ich dusze dały radę ich dogonić, bo za szybko szli i cała wyprawa stanęła na jeden dzień w oczekiwaniu na dusze.
wtorek, 29 marca 2011
Czasem ludzie z wirtualu sa bliżsi niż rodzina. A czasem gdzieś tam stanowią tło naszej rzeczywistości.
Wraz ze spaleniem dysku potraciłam też trochę nawyków sprawdzania różnych portali. Dziś mi się przypomniał jeden taki portal i taki przypadkowo poznany Japończyk, muzyk, którego dziwne melodie lubiłam czasem posłuchać. Czasem komentowałam jego nagrania, że mi się podobają i zawsze dostawałam podziękowania po angielsku i po polsku, co mnie niezwykle ujmowało - podziękowania po polsku wiadomo wykopiowane z internetowego słownika, ale wcale nie musiał tego robić, nawet nie musiał sprawdzać jakiej narodowości jestem.
I zasmuciłam się sama na siebie, że słuchając o tsunami, trzęsieniu ziemi i wybuchach elektrowni w Japonii pomyślałam o mojej dawnej koleżance i z nią się skontaktowałam, a o nim zupełnie zapomniałam.
Napisałam dziś do niego, choć nie wiem czy to dobry pomysł. W końcu to zupełnie obca mi osoba, choć w pewien sposób bliska. Z tym internetem to jest tak bardzo dziwnie.
Tagi
statystyka