Choose your future. Choose life.I chose not to choose life: I chose something else.
niedziela, 28 lutego 2010
Nirvana dla gówniarzy. Wciąż czasem lubię je posłuchać, choć mój dobry znajomy określił jej muzę jako twórczość dla gówniarzy. Ale dziś się trochę tak czuję. Cały dzień w pracy, na obiad zapiekanka spod centralnego - i 3 zapiekanki kupione w hurcie dla innych, połowa sosów na mojej kurtce, bo nie ma hurtowego spakowania zapiekanek. I guzik w kurtce urwany. A potem chwila rodzinna i chipsy, tort i lody do jedzenia, a ja marzę o marchewce, kaszy i innych lekkostrawnych potrawach. Dobrze, że wino wali po łbie. A do kompa trza będzie wzywać magika.
sobota, 27 lutego 2010
Kilka ładnych lat temu miałam znajomych, interesujących się dawną już Jugosławią. Pojechaliśmy tam na świetną wycieczkę. A w Wawce słuchaliśmy Bregovica i odpływaliśmy. Pamiętam, że też "wywiozłam" w Bieszczady Bregovica. A dziś się znowu zasłuchałam. I pojechałabym tam jeszcze raz.
piątek, 26 lutego 2010
Przez 3 dni przed swoją śmiercią mój dziadek podobno przemawiał w dwóch językach: po francusku i niemiecku. O polskim zapomniał.
Bywały też chwile (wcześniej niż na 3 dni przed śmiercią), że słyszał chodzące postacie i krzykiem przepędzał śmierć.
Obejrzałam "Joe Blacka" film o pewnym biznesmenie, po którego pewnego dnia przyszła śmierć w męskiej postaci. Film w połowie doskonały - śmierć przed spełnieniem swej powinności towarzyszyła fizycznie swojej ofierze wśród rodziny, przyjaciół i współpracowników  jako realna postać. Potem niestety zaczął się wątek miłosny śmierci do córki ofiary, pełen długich spojrzeń ze łzami w oczach, wymownego milczenia ze spojrzeniami w oczy, z nieskończenie trwającymi chwilami domyślania się kim jest druga strona, czy czym jest miłość - totalna Brazylia. A szkoda. Bo początek filmu jest świetny. I tematyka też. Jak się myśli i działa z perspektywy odchodzenia, jak się zmieniają priorytety. Jak się inaczej patrzy na rodzinę, przyjaciół, ideały. Jak wszystko co spowszedniało staje się nagle czymś limitowanym. 
czwartek, 25 lutego 2010
Delacroix "Dzienniki" z roku 1847:

"Przyszedł Dufay. Dufaya prześladuje myśl o konieczności rewolucji. Powszechna niemoralność nie daje mu spokoju. Wierzy, że nadejdzie taki czas, kiedy uczciwi ludzie będą trzymali w cuglach hultajów."

O naiwności!
środa, 24 lutego 2010
dziś rano w dyskusji religijnej. Jakaś panna napisała, że rzucił ją facet, bo nie mogła wziąć ślubu kościelnego. Przyznam, że dyskusje religijne mnie fascynują, bo zazwyczaj zderzają się w nich skrajni wierzący i skrajnie niewierzący. I powalił mnie jeden post, że: nie żałuj, że facet odszedł, skoro woli wyimaginowanego brodatego przyjaciela, zamiast realnej kobiety. Wyimaginowany brodaty przyjaciel - LOL. Pojawiały się też glosy, że wierzący, którzy modlą się, toczą rozmowy z Bogiem jak małe dzieci z misiami, czy lalkami. Wciąż mnie zastanawia, kto bierze udział w takich dyskusjach i czemu ci ludzie wciąż obrzucają się obelgami i pogardą w obie strony. 
Powszechny był też pogląd, żeby ochrzcić się, skoro facet ma takie parcie i "odwalić szopkę kościelną" skoro facet chce takiego ślubu. Ja może jakaś dziwna jestem. Ale nie ochrzciłabym się dla szopki - właśnie z powodu szacunku do religii. Dlatego, żeby fałszywie "nie wyznawać". Jeśli się szanuje czyjąś wiarę, nie zabawia się jej sakramentami czy tradycjami. I muszę przyznać, że ani poglądy katolików (co zrozumiałe) nie były mi bliskie, jak i ateistów (co już mniej zrozumiałe).
Kupiłam na allegro plastry detoksykujące i chciałam odnaleźć stronę o nich, więc weszłam w zakładkę "o mnie" sprzedawcy plastrów, a tam zaatakowały mnie takie aukcje:
Krem erekcyjny gwiazd porno wysoka jakość
żelowy kulka-knebel
masturbator w dotyku jak prawdziwa
gorące usta - masturbator z języczkiem
realistyczny wibrator lateksowy max doznania
erekcyjna pompka trojan max doznania
i inne tym podobne

że eeeeeeee? jak się do tego mają plastry detoksykujące????
Odrabiam zaległości w swoich filmach na dvd i tym razem "Rzeka" z rosyjskiej serii filmów. Rzecz dzieje się wśród trędowatych w jakuckiej tajdze. W dodatku nie wszystkie sceny są nakręcone, bo aktorka grająca główną bohaterkę zginęła w wypadku. 3 języki, bohaterowie mówią po swojemu, reżyser czyta tłumaczenie po rosyjsku, a po polsku napisy. Trochę misz-masz. I film też mało zrozumiały. Znaczy nie pojęłam motywacji bohaterów. 
Wycisza, bo znowuż dzicz i indiańskie pieśni (coś ostatnio wciąż się wyciszam). Ale jest niedokończony. I wcale nie z powodu nienakręconych scen. Ale może to też różnica w myśleniu?

A Facebook ostatnio stał się li tylko jednym wielkim informatorem, kto na jakim poziomie jest w grze i czego potrzebuje od innych graczy, tudzież co im może zaoferować. A na początku był taki fajny.
W Radiu dla kotów puścili jakiś romantyczny spokojny jazzik i nie wiedzieć czemu do razu przed oczami stanęła mi blacha pełna gorącej warzywnej zapiekanki pod żółtym serkiem. Dziwne skojarzenia do klasyka jazzowego :-)
Obejrzałam sobie w ramach resetu mózgu Piratów na Krańcu Świata. Mam ten film z powodu roli Keitha Richardsa (Rolling Stones), choć w zasadzie jego udział jest epizodyczny. Nawet całkiem mnie ubawił dzisiaj ten film. I jednak Depp to genialny aktor. Choć i tak moim faworytem jest jako Sweeney Todd.
poniedziałek, 22 lutego 2010
Niezapomniane Bieszczady mam przed oczami
Śniło mi się dziś, że jestem kiepska w łóżku. Rety nawet we śnie podświadomość mi dokopuje. Za co ona mnie tak nie lubi? :-)))
sobota, 20 lutego 2010
Rozmawiałam dziś z kuzynką o jej koleżance, która jako osoba młoda wyjeżdżała za granicę, bywała na placówkach, miała szansę na wielką karierę dyplomatyczną. Ale wybrała męża kowala, który mieszka na wsi. Szybko jej życie stało się zdominowane przez rzeczywistość głuszy - słaby internet, brak kontaktu z ludźmi, brak bodźców do działania. W sumie nie wiem, co nią kierowało, ale trochę jej broniłam, że może wcale kariera jej nie interesowała, że może tam osiąga wyciszenie, itd.
A dziś po upojnym dniu i wieczorze w pracy, gdy jeszcze nocnie sprawdzałam maila firmowego, wyłączyli mi prąd. I to na dobre. Odpaliłam świece i ponieważ nie zapowiadało się na szybkie włączenie prądu, zaczęłam kończyć książkę "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd." Przeniosłam się myślami na Saharę i na jej zupełne pustkowie. I kiedy nagle włączyli mi prąd na sekundkę, mocno mnie wystraszył rozbłysk światła. Ale równie szybko jak się pojawił, znikł. Więc dalej czytałam przy świecach. I kolejne włączenie prądu znowuż mnie wystraszyło :-)))
Tak sobie myślę, że oczywiście bez prądu to masakra żyć, ale czasem takie "ciemne" chwile bardzo się przydają. Wyciszają. 
piątek, 19 lutego 2010
Zbliża się czas rozliczeń rocznych i płacenia podatków. Moją firmę zaczynają zalewać listy z prośbą o przekazanie 1% podatku na różnych chorych i potrzebujących. Przyszedł też list od 31latki, po amputacji nogi w stawie biodrowym z powodu raka. Opisała czas choroby. Potem miała też jakieś inne poważne problemy zdrowotne. Pisała jednak, że stara się cieszyć życiem, chodzi na basen, spotyka się ze znajomymi, nadal się uczy. Do listu była załączona dokumentacja szpitalna. A w karcie pacjenta widniał jedynie wpis: "Mięsak stawu biodrowego. Amputacja."
Kilka lat wcześniej też miałam do czynienia z dokumentacją szpitalną osoby, która miała wstawianą endoprotezę. Dwukrotna operacja, 10 dni jedna po drugiej, bo lekarze spieprzyli sprawę. Po pierwszej operacji już przy przekładaniu z łóżka operacyjnego na szpitalne wyszła jej pierwsza metalowa proteza z kości. Na dodatek okazało się, że dziewczyna jest uczulona na metal. Więc i tak trzeba było usunąć pierwotną śrubę i zastąpić ją endoprotezą. Całe leczenie trwało dobre pół roku.
A w karcie szpitalnej już nie pamiętam co było, ale też ze 2 zdania typu: "Zanik kości, wstawienie endoprotezy." 
Ja rozumiem, że w kartach szpitalnych nie można umieszczać ckliwych emocji, ani tragicznych losów życia, ale mimo wszystko miesiące cierpień ujęte w jedno czy dwa puste zdania jakoś mnie bolą i wydają mi się być raportami wyplutymi z maszyny, a nie napisanymi przez człowieka, czyli istotę, która czuje i myśli.
czwartek, 18 lutego 2010
absolutnie kocham i bardzo często do niej wracam: 
Heroin, be the death of me 
Heroin, it's my wife and it's my life

Pewnych piosenek nie da się nie kochać. Ta jest jedną z nich.

Oglądałam dziś dokument o historii Pink Floyd. Jednym z liderów z którym zespół nagrał dwie płyty był Syd Barrett. Niestety Syd na skutek nadużywania halucynogennych narkotyków zwariował i nie był już w stanie kontynuować ani nagrań, ani tym bardziej tras koncertowych. Zespół jednak zadbał o jego przyszłość i Sydowi mimo niedyspozycji wciąż wypłacał tantiemy. I padł taki niemiły komentarz autora reportażu: "I mimo, że Barrett nic nie robił w zespole, umarł jako milioner." A ja myślę, że jest w tym coś wielkiego. Że przyjaciele o nim nie zapomnieli i wiedząc, że jest chory umysłowo zapewnili mu normalne życie. 
Podobno "Shine on you crazy diamond" (błyszcz nam nadal szalony diamencie) jest poświęcone przyjaźni dla Syda:
 
1 , 2 , 3
Tagi
statystyka